W grudniu 1994 roku narodziła się jedna z ważniejszych marek w branży gier, która po dzień dzisiejszy, wciąż cieszy się dużą popularnością. Mowa o serii Tekken, która początkowo debiutowała na automatach, by następnie związać się na długie lata z PlayStation oraz w późniejszym okresie z innymi, liczącymi się platformami. Pierwsze trzy odsłony serii to obowiązkowa pozycja dla każdego posiadacza Szaraka i nie chodzi tylko o fanów bijatyk. Niewiele jest gier na pierwsze PlayStation, które aż tak dobitnie pokazują, jaki progres technologiczny miał miejsce na tej konsoli w latach 1995-1998. Nie inaczej jest z pozostałymi odsłonami serii, które bardzo często stanowiły pewien kamień milowy w rozwoju danej platformy oraz pokaz jej mocy.
Nic więc dziwnego, że seria Tekken nabrała wartości marketingowej i stała się łakomym kąskiem m.in. dla branży filmowej. W 2009 roku studio Crystal Sky Pictures postanowiło wykorzystać tę popularność i nakręcić film w oparciu o uniwersum Tekkena o tym samym tytule. Niestety produkcja ta okazała się na tyle słaba, że jej kinową dystrybucję ograniczono jedynie do samej Japonii i kilku azjatyckich krajów. Twórcy filmowego Tekkena widocznie się tym nie przejęli, gdyż mimo negatywnych recenzji, w 2014 roku, postanowili oni nakręcić jego prequel, w postaci Tekken 2: Kazuya’s Revenge, który okazał się jeszcze większą klapą. Oba te filmy należą do czołówki najgorszych filmowych adaptacji popularnych gier i nie ma sensu się nad nimi szerzej rozwodzić. Istnieje jednak jeszcze jedna, dość zapomniana adaptacja filmowa z uniwersum Tekkena, która powstała pod koniec lat 90tych, a mowa o Tekken: The Motion Picture.
Tekken: The Motion Picture to film zrealizowanym w stylu japońskiej animacji, który na tle aktorskich produkcji, wypada na pewno zdecydowanie lepiej, a o którego istnieniu niewiele osób zdaje sobie sprawę. Tekken: The Motion Picture zostało wyprodukowane przez ASCII Corporation oraz Sony Music Entertainment Japan przy współpracy ze Studiem Deen. Film zadebiutował w Japonii na przełomie stycznia i lutego 1998 roku, w formie dwuodcinkowego wydania. W porównaniu do wspomnianych wcześniej aktorskich adaptacji gry, Tekken: The Motion Picture doczekał się światowej dystrybucji na kasetach VHS i DVD, za którą odpowiadała sieć ADV Films. Europejska premiera filmu miała miejsce w grudniu 1998 roku i wydano go w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Hiszpanii, Francji, Belgii oraz Szwajcarii.

Tekken: The Motion Picture opiera się w dużej mierze na dwóch pierwszych odsłonach serii gier, choć przy jego produkcji nie trzymano się jakoś specjalnie kanonu. Na samym początku filmu, poznajemy młodego Kazuyę Mishimę, który nawiązuje dość ciepłą relację z Jun Kazamą. Niestety, rodzące się pomiędzy nimi uczucie przerywa dość niespodziewanie okrutny Heihachi Mishima, a więc ojciec Kazuyi. Postanawia on poddać swojego syna próbie i zrzuca go ze skarpy w głęboką otchłań. Teoretycznie przeżycie Kazuyi ma oznaczać, że faktycznie jest system Heihachiego, choć tak naprawdę jego ojciec nie jest specjalnie zainteresowany pozytywnym zakończeniem tej próby. Następnie akcja filmu szybko przenosi nas w czasie do przodu. Dorosła już Jun Kazama, pracująca dla organizacji WWWC, otrzymuje zlecenie przyjrzenia się Korporacji Mishima, która ma zajmować się podejrzaną działalnością przestępczą, obejmującą m.in. inżynierię genetyczną. W tym celu Jun ma wziąć udział w turnieju walki, organizowanym przez Heihachiego, na wyspie będącej główną siedzibą jego korporacji. W zadaniu tym pomaga jej funkcjonariusz policji Lei Wulong, który również zostaje zgłoszony do turnieju, w którym mają wziąć udział najlepsi wojownicy z całego świata. W tym samym czasie na wyspę wybiera się również Kazuya z pragnieniem zemsty i zamiarem zabicia swojego ojca za to co spotkało go w dzieciństwie.

Główna oś fabularna Tekken: The Motion Picture skupia się na wyżej wymienionych postaciach, choć w filmie, z różną intensywnością, spotkamy dużo więcej bohaterów znanych z serii Tekken. W zasadzie w filmie możemy zobaczyć prawie wszystkie postacie z Tekkena 2, a nawet kilka, jak choćby Doktor Boskonovitch, z trzeciej odsłony serii. Nie wszystkie odgrywają w filmie ważną rolę. Z tych bardziej wyróżniających się można wymienić Lee Chaolana, który chce zabić Kazyuę, wiecznie skonfliktowane siostry Ninę oraz Annę, czy wreszcie Jacka-2 i towarzyszącą mu dziewczynkę, którą chce uzdrowić z pomocą Doktora Boskonovitcha. Jak widać mamy tutaj również wątki poboczne, nawiązujące choćby do filmików z gry, jednak są one potraktowane po macoszemu i poświęca się im niewiele czasu.
Tekken: The Motion Picture ogląda się całkiem przyjemnie, choć w dużej mierze jest to podyktowane głównie sentymentem do samych gier. Nie jestem ekspertem od tematyki anime, ale mamy tutaj do czynienia raczej ze średniakiem. Ktoś miał fajny pomysł na film, ale nie do końca był w stanie go dobrze zrealizować, o czym trochę później. Graficznie animacja, mimo upływu ponad 20 lat od premiery, wygląda całkiem dobrze. Kreska w filmie jest dość wyraźna, choć momentami surowa. Postacie z gry odwzorowano czasami niedbale i niektórym wyraźnie brakuje iskry. O ile taki Heihachi, Jun czy Jack-2 wyglądają całkiem dobrze, o tyle już Kazyua przypomina bardziej niż siebie wychudzonego Vegetę z Dragon Balla, a King psa Scooby Doo z popularnej kreskówki studia Hanna-Barbera.
Najgorsze wrażenie sprawia tutaj sam turniej walki, który niby powinien być główną areną akcji, a tak naprawdę trudno odnieść wrażenie, że w ogóle się odbywa. Zamiast turniejowych potyczek, rodem z gry, mamy tutaj do czynienia bardziej z jakąś bieganiną po lesie do celu. W zasadzie wszystkie sceny walki w filmie, których jest raptem kilka, włącznie z główną – pomiędzy Kazuyą, a Heihachim, wyglądają bardzo słabo i sprowadzają się zaledwie do wymiany kilku ciosów. Jest to o tyle trudne do zaakceptowania, że mówimy w końcu o filmie opartym o jedną z najlepszych serii bijatyk na świecie. Na minus można zaliczyć także to, że duża część postaci w filmie, jak np. Paul czy King, w zasadzie pojawia się jedynie jako tło w kilku scenach, a inni są dołożeni wyraźnie na siłę. Na usprawiedliwienie można jedynie dodać to, że nie jest łatwo stworzyć film w oparciu o grę tego typu, gdyż nie da się w jednej, krótkiej produkcji dobrze wykreować aż tylu postaci. Byłoby to możliwe raczej tylko w serialu, opowiadającym w każdym odcinku o historii wybranego bohatera, by dopiero w finale, móc je jakoś ze sobą skonfrontować. Gdy tak na to spojrzymy, to Tekken: The Motion Picture nie wypada aż tak źle, zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że sam film trwa raptem niecałą godzinę.
Na koniec trochę o ścieżce dźwiękowej. Ta prezentuje się całkiem dobrze i na pewno nie przeszkadza w odbiorze filmu. Gorzej z angielskim dubbingiem, od którego momentami aż bolą uszy. Ktoś kto odpowiadał za dobór niektórych aktorów głosowych zapewne nigdy nie widział samych gier na własne oczy. Szczególnie głos Kazuyi brzmi sztucznie, a jego dialogi z Jun słucha się momentami jak Mody na sukces. Na szczęście japońska wersja animacji, z angielskim napisami, wypada w tym aspekcie zdecydowanie lepiej. Obie możecie bez problemów obejrzeć na YouTubie.
Wersja angielska
https://www.youtube.com/watch?v=YfJM67BGgVg
Wersja japońska z napisami
Mimo swoich wad wydaje mi się, że Tekken: The Motion Picture warto obejrzeć, choć jest to film przede wszystkim dla fanów całego uniwersum Tekkena oraz osób, które grały w gry z tej serii. Wówczas ogląda się go zdecydowanie lepiej, niż gdyby potraktować film jako zupełnie niezależną produkcję.
_________________________
Źródło plakatu: https://www.imdb.com/title/tt0272880/mediaviewer/rm386967809/
Źródło reklamy: https://www.reddit.com/r/Tekken/comments/iswrn7/magazine_ad_for_tekken_the_motion_picture/



























Doktor był już w endingu Yoshimitsu w T2. No i na koniec pojawia się Jin 😛
Po obejrzeniu 15 minut na razie, stwierdzam że o jakieś pięć mil lepszy niż filmy 😛 Albo po prostu bardziej lubię w takich adaptacjach kadry rysunkowe 😉 (nie licząc Mortal Kombat).
Łatwiej zrobić animację niż film. Sentyment robi swoje, podobnie jak w przypadku MK zresztą.
Moim zdaniem Tekkena grzebie od lat to co wymienił recenzent, czyli kiepska fabuła i to na co zwrócił uwagę, ale już wg niego niekoniecznie jest aż tak złe, czyli wybór postaci.
Tekken od zawsze był tytułem najlepiej oddającym różnice w stylach walk. Każdy zawodnik miał swój własny styl walki, w większości bazujący na prawdziwych sztukach walki. Grając w pierwsze Mortale Sub Zero od Scorpiona różnił się w sumie ciosami specjalnymi i fatalitami. W Tekkenie zupełnie inaczej się walczyło Kingiem, Paulem, Yoshimitsu, Hwoarangiem czy Jinem. Mieliśmy karate, capoiere, wrestiling, muay thai, teakwondo, kung fu i wiele innych. Postacie były w miarę poważne (nie licząc Gona i innych wynalazków) i nieźle wyglądali. Potem twórcy Tekkena uznali, że wrzucenie jak największej liczby lolitek i fan serwisu dla kiczowatej mody japońskich nastolatków to świetny pomysł na rozwój serii. I tak, w nowych seriach, tak popularne sztuki walki jak Muay Thai, odmiana Kung Fu (Lei), sumo i wiele innych zostały zastąpione przez taniec(!) w wykonaniu kretyńsko zaprojektowanej nastolatki, bogatą laleczkę z dobrego domu która walczy gimnastyką, matadorów, grubasów i innych postaci, które postawione na żywo do walki nie dałyby rady pokonać nawet pierwszego lepszego pijaka. Nie twierdzę, że Tekken kiedykolwiek był grą realistyczną, ale postawienie 40 kg tańczącej nastolatki przeciwko prawie nieśmiertelnemu ninja albo 2 metrowemu zapaśnikowi jest niezamierzenie parodią całej serii i swojej historii. I tak, wiem że wcześniej mieliśmy postacie też nie grzeszące aparycją do walki (Anna) ale mimo wszystko to były małe wyjątki, a nie 50% obsady jak obecnie. Zastąpienie Leia Wulonga osobą Lucky Chloe jest tym co według mnie pogrążało i nadal pogrąża serię Tekken.