Automaty! Gdyby ktokolwiek obudził mnie w środku nocy i zapytał o pierwsze skojarzenie z wakacyjnymi wyjazdami z dzieciństwa, bez wahania krzyknąłbym: automaty! Były one wisienką na torcie nadmorskich wojaży. Pamiętam je z każdego wyjazdu z rodzicami nad nasze polskie wybrzeże w okresie 1992-1997. Później, do 2003 roku, co sezon jeździliśmy już do Zakopanego i tutaj to samo – niemal żadne przejście przez Krupówki nie mogło się zakończyć bez wrzucenia przynajmniej paru złotych do maszyny symulującej wyścigi. Inne gatunki gier mnie nie interesowały. Tym samym nie potrafiłem zrozumieć moich ówczesnych rówieśników, którzy zamiast na oszałamiające poczucie szybkości i władzy nad pojazdem woleli wydawać kasę na mordobicia, czego przecież w życiu ucznia podstawówki z pewnością nie brakowało i to w znacznie wyższej rozdzielczości. Tak oto, zupełnie jak eksperymentalny pies Pawłowa, zostałem na zawsze zaprogramowany, aby w gąszczu elektronicznych produkcji kierować swój wzrok w kierunku tego, co ma jakikolwiek związek z prędkością.

Przez klika dziecięcych lat snułem makiaweliczne plany dotyczące przejęcia władzy nad światem. Jako wszechimperator chciałem zebrać w piwnicy ponurego zamczyska wszelkie motoryzacyjne dzieła sztuki ze świata elektronicznej rozrywki. Pragnąłem spędzić w niej dyktatorską emeryturę, wysiadując w promieniach kolorowych świateł bijących z monitorów automatów do gier. Zamiary te szybko okazały się nad wyrost, kiedy dowiedziałem się, że podobnych wrażeń doświadczyć już można na PC oraz PlayStation. Niecne zamiary odwiesiłem na kołek.

Przez ostatnich 10 lat miałem cichą nadzieję na znalezienie takiej gry na platformę domową, która pozwoliłaby mi ponowne odczuć to samo co przeżywałem niegdyś w salonach gier. W tamtych produkcjach urzekał mnie ich dynamizm, wysoka jakość rozgrywki i elegancka prostota. Nie było potrzeby zagłębiania się w jakąkolwiek historię, instrukcję czy intro. Człowiek ledwie siadał przed banalnym menu, które samo w sobie podpowiadało co wybrać, a już po kilku sekundach mógł walczyć z kierownicą przy zawrotnych prędkościach i akompaniamencie histerycznie głośnej muzyki. Pewna produkcja, przeniesiona na szaraka wprost z automatu, miała szanse stać się moim świętym gralem konsolowego arcade. Niestety. Grafika Ridge Racer nie miała wiele wspólnego z tą z maszyn w salonach, a sytuację pogarszał fakt, że była ona w stanie zaoferować animację o prędkości zaledwie 25 klatek na sekundę.

…ale niedawno miałem objawienie.

Do gry Rapid Racer podszedłem z dużym dystansem. Niby słyszałem o niej wielokrotnie. Niby wiedziałem, że jest dobra. Niby to produkcja samego Sony. Niby… Dlaczego więc nikt z moich znajomych nigdy w nią nie grał? Dlaczego jako najlepszy przedstawiciel rzadkiego na PSX gatunku wodnych wyścigów nie zyskała miana gry kultowej? Dlaczego udało mi się ją kupić na Allegro za 5 zł i to na kilka minut przed zamknięciem licytacji, w której tylko ja brałem udział? Postanowiłem to sprawdzić.

Po włożeniu płyty do konsoli usadowiłem się wygodnie w fotelu i przystąpiłem do oglądania filmiku wstępnego. Zdążyłem jedynie „przystąpić”. Filmiku się nie naoglądałem, gdyż był on krótszy niż ten niewielki czas, potrzebny do akomodacji oka pomiędzy spojrzeniem na zdejmowane właśnie kapcie, a następnie na telewizor. Te kilka sekund wystarczyło jednak, aby muzyka wpadła mi w ucho.

W menu wybór jak w mięsnym za komuny. Time Trial, pojedynczy wyścig, memory card, trzy-na-krzyż-banalne-opcje-dla-picu… i wsio. Muzyka w menu nadal interesująca – niskie, ambientowe dźwięki. Szybko pobiegłem po informacje do wujka Google i co się okazało? Apollo 440. Dla każdej trasy w grze chłopaki opracowali odrębny kawałek, a każdego z nich można posłuchać odpalając płytę z odtwarzacza CD. OK – pomyślałem – jak nie da się grać, to chociaż będzie czego słuchać. Wybieram więc pojedynczy wyścig na pierwszej trasie i wio! Oczekując na załadowanie się przejazdu spoglądam na mapę pokręconej trasy zlokalizowanej u wybrzeży Miami i zastanawiam się: czy gra nie okaże się jedynie zwykłą wyścigówką w wodnym przebraniu – wynikiem prostej podmianki tekstur asfaltu na tekstury wody i modeli samochodów na modele łodzi? Nie minęło pół okrążenia, a szeroki uśmiech na mojej twarzy świadczył, że wszelkie wcześniejsze obawy mogę oficjalnie spisać, zemleć i bez obaw skonsumować.

Powierzchnia wody, po której poruszają się łodzie, to nie statyczna płaszczyzna, a wartki i niezmiernie kapryśny strumień. W przypadku zatrzymania się w miejscu nurt porywa łódź i znosi gdzie mu się podoba. Silne prądy co chwilę wyrywają ster i rzucają motorówką na wszystkie strony. Każdy przejazd to ciągła walka o utrzymanie prostego toru jazdy. Zdobywanie dopałek, przez które trzeba przejechać, to doprawdy nie lada sztuka. Dziób łodzi podrywa się co chwila na falach. Mózg odczuwa ciągłe zmagania ze sterem pomimo, iż gra nie wykorzystuje wibracji Dual Shock’a. Łodzie fajnie pomrukują, świetne ambientowe traki przydają dynamizmu, ciasne i zdradliwe zakręty dodają emocji, a grafika jak na warunki szaraka zaskakuje niespikselizowaną gładkością.

OK – może to co o czym piszę nie jest aż tak wyraziste na pierwszej trasie, która w porównaniu do kolejnych stanowi plac manewrowy dla eLek. Tras w sumie również nie jest wiele, bo tylko sześć. Na szczęście twórcy sprytnie je zmultiplikowali, dodając ich wersje nocne i w lustrzanym odbiciu, co zwiększyło ich ostateczną liczbę do osiemnastu. Oczywiście, nie mam zamiaru udawać, że w takim układzie ilość torów nie jest minusem. Oczywiście, jest ich zdecydowanie za mało. Jednakże gra nadrabia dużo w kwestii wyglądu i płynności. Rapid Racer szczyci się bowiem tym, że działa w animacji o prędkości 60 klatek na sekundę. Jakość grafiki także stoi na wysokim poziomie. Trasy są wizualnie dość proste, podobnie jak modele łodzi. Dzięki temu zastosowano jednak tekstury o wysokiej rozdzielczości i otoczenie gry jest bardzo wyraziste. Same trasy różnią się od siebie znacznie. Dwie są szybkie, dwie pokręcone i wzbogacone przełomami, zaś dwie kolejne łączą ze sobą obie wspomniane koncepcje. Trasy odblokowujemy w trybie pojedynczego wyścigu, zaliczając jedną po drugiej na pierwszym miejscu. Wraz z każdą kolejną trasą rośnie poziom trudności poprzez szybszą i agresywniejszą jazdę przeciwników. Po ukończeniu każdego zestawu sześciu tras na pierwszym miejscu gra odblokowuje mistrzostwa kolejno na trasach zwykłych, nocnych i w lustrzanym odbiciu. Poprzez uczestnictwo w mistrzostwach gracz uzyskuje kolejne łodzie. Na początku dostępne są jedynie trzy podstawowe, skonfigurowane na najwyższą prędkość, najlepsze przyspieszenie lub najdokładniejsze prowadzenie. Na trasach stajemy przeciwko szesnastu przeciwnikom w trzech okrążeniach. Podczas jazdy zgarniać możemy trzy rodzaje boi. Zielone, które ładują turbo, niebieskie zwiększające ilość czasu między checkpoint’ami oraz żółte. Tych ostatnich należy zebrać pięć podczas wyścigu, aby odblokować bonusowy tor. Na tym torze, wytyczonym między bramkami na otwartym morzu, zapracować sobie można na poprawienie parametrów łodzi. Należy jeszcze wspomnieć o bojach czerwonych, których przypadkowe zebranie skutkuje zmniejszeniem ilości możliwego do wykorzystania turbo albo chwilowym zatrzymaniem łodzi. Po ukończeniu wszystkich trzech mistrzostw na pierwszym miejscu odblokowuje się dodatkowo generator losowych tras w czterech tematycznie różnych lokacjach. W teorii daje on możliwość tysięcy różnych kombinacji, jednakże trasy w nim stworzone są monotonne, acz niepewność co do ich kształtu (przed wyścigiem ani w jego trakcie gracz nie zna mapy trasy) przydaje dodatkowej zabawy.

Wyraźnie należy zaznaczyć, że gra jest trudna. Posiada ona trzy poziomy trudności, ale już przejście pierwszych trzech mistrzostw z podstawowymi łodziami możliwe wydaje się tylko na easy. Mnie gra od pierwszych szlifów w Time Trial do ukończenia wszystkich mistrzostw na easy zabrała około 12 godzin. W tym miejscu ujawnia się kolejny minus gry – po tym czasie staje się ona monotonna. Co z tego, że dostajesz nowe łodzie i możesz ścigać się w mistrzostwach na kolejnych poziomach trudności, skoro znów czekają cię w sumie 54 okrążenia na tych samych 18 torach. Ile można? Dodatkowa trudności gry polega na wspomnianej już zdradliwości torów – jeden nieprzemyślany manewr może spowodować kompletną utratę panowania nad łodzią lub przyczynić się do wylądowania poza trasą, a wtedy znaczący spadek w stawce jest murowany. Rozgrywki nie ułatwia również fakt, iż na bonusowych torach łódź prowadzi się jak czołg na bagnach, przez co lawirowanie między bramkami i zbieranie znaczników do upgread’u to ból w… tylnej części ciała.

Co więc przemawia za Rapid Racerem? Znakomity klimat arcade, zupełnie jak na automatach sprzed kilkunastu lat. Do gry wchodzi się błyskawicznie, na torze liczy się nie tylko prędkość i zręczność, ale też doświadczenie, którego nabywa się przez wielokrotność prób. Gra jest banalna w obsłudze i nie posiada kompletnie żadnego scenariusza, a więc błyskawicznie pozbawia mózg czasu i chęci na głębsze rozkminy. Efekt „mam świat gdzieś, teraz gram” murowany! Nastrojowa elektroniczna muzyka oraz ładna (acz nie powalająca) grafika przyciągają do zabawy na kolejnych torach, różnorodnych pod względem klimatu, przebiegu i napotykanych utrudnień. Wrzucasz płytkę w konsolę i już po minucie grasz. Sześć minut jazdy, szybki save i koniec. Można iść gotować zupę albo przeprać skarpety.

Podsumowując – polecam wszystkim wielbicielom szybkich zręcznościowych produkcji, nie tylko wyścigówek. Rapid Racer to tytuł, który w mojej opinii jakością gameplay’u zasłużył sobie na zaszczytne miejsce w historii PlayStation. Łapcie go za grosze, póki nadal jest niedoceniany.

rapid racer ocena - Recenzja - Rapid Racer

Załaduj więcej powiązanych artykułów
Załaduj więcej od gumislav
Załaduj więcej w Gry

4 komentarze

  1. gumislav

    Bodzio

    29 stycznia 2015 o 17:22

    Nigdy nie myślałem, że to taki solidny tytuł. Z tego typu gier znałem jedynie Wave Race na N64. Będę musiał kiedyś tego Rapid Racera sprawdzić w akcji, zwłaszcza, że jak napisałeś nie jest to droga gra.

    Odpowiedz

  2. gumislav

    lolface992

    2 lutego 2015 o 16:30

    Super strona mam nadzieje że będzie dalej kontynuowana.Pozdrawiam.

    Odpowiedz

  3. gumislav

    Bodzio

    2 lutego 2015 o 21:20

    Miło mi, póki co widmo zaprzestania działalności Strefie nie grozi więc spokojna głowa. Pozdrawiam również.

    Odpowiedz

  4. gumislav

    repip

    12 lutego 2015 o 09:45

    Dzięki za recenzję, już jakiś czas się nad tą grą zastanawiałem bo Wave Race na GC i Eliminator Boat Duel z Nes’a bardzo mi się podobały. Główne pytanie jednak pozostaje – jak jest z modelem jazdy? Czy nie jest już zbyt toporny? Wspomniałeś, że “łódź prowadzi się jak czołg na bagnach”. Przez to większość wyścigów sprzed PS2 u mnie staje się niegrywalne. Wyścigi to gatunek którego niestety czas nie szczędzi tak jak np. platformerów, które nawet z 8bit są dziś mega grywalne.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.