Depresja

Zaczęty przez Atr3ju, Maj 01, 2023, 22:32

Poprzedni wątek - Następny wątek

Atr3ju

Takiego tematu jeszcze na forum nie było więc czas porozmawiać poważnie po męsku.

Każdy z nas miał/ma czy będzie mieć depresje i nie okłamujcie sie. Człowek jest tylko szczęśliwy gdy jest naprawde szczęśliwy a wegetowanie codzienne jest właśnie powolnym spadkiem do depresji. Dziś widziałem na jutubie jednego "jutubera" jak powiedział że miał/ma depresje i nic nie nagrywał przez pół roku. No dobra ale do sedna, czyli czas sie wyżalić.

Za swojego żywota udało mi się uniknąć jakby depresji, pamiętam jak w 2019 po rozstaniu z kobietą (wtedy też zaczynałem zagracać szafe konsolami, kablami, grabberami, padami i innymi rzeczami do konsol) więc byłem zmuszony do powrotu do matki. Jako że ojciec już dawno odszedł i bracia sie wyprowadzili to byłem sam w pokoju po ojcu. Przeżyłem lato 2019 jako jedno z najgorszych, kompletnie sie przenudziłem i zasiedziałem w pokoju. Jesień i zima to już kompletnie sie zakamuflowałem. Zero perspektyw i zero znajomości. Czasami jakieś spacery po mieście gdzie już naprawde było widać że wszystko pustoszeje. Wtedy pomagało mi całkowite zapomnienie o rzeczywistości, że będzie lepiej kiedyś tam. Czasami jakaś gierka na konsoli i dzień przeleciał. W dni wolne sam nie wiem co robiłem, chyba oglądałem tylko jutuba. Żyłem na kartonach, dosłownie miałem 3 - 4 kartony a w nich ubrania. Bez mebli, bez stołu żyłem. Dlatego też moje starsze filmiki kręciłem kiedyś na podłodze np. o Dualshocku Black Button czy o Skalerze Speaka, albo wymiane analoga w padzie od Xboxa 360. Jutub jakoś mi pomagał, było to takie jedyne inspirujące wyzwanie na codzień, wiecie takie coś co "warto" robić bo ktoś to ogląda. Czułem jakąs potrzebe grzebania w tych retro konsolach bo mnie to zwyczajnie interesuje.

Wystrzelił rok 2020 i pamiętam jak sylwester spędziłem za zasłoniętą firanką i ze słuchawkami na uszach. Miałem w pokoju jedną lampke zza telewizorem, pokuj był jakby zdemolowany, tynk odpadał ze sufitu i było tylko jedno gniazko. Do tego mieszkanie z matką było dla mnie (wtedy 35 letniego chłopa) dołujące i poniżające. Jak wychodziłem ze śmieciami z matką bo coś tam ciężkiego było aby miała iść sama to szedłem tak aby nikt nas nie widział. Wiecie nawet na ulicy jak sam wychodziłem to chciałem aby nikt z sąsiadów czy ktokolwiek mnie nie widział. To już było delikatne schodzenie do depresji i nawet wiosenne słońce marcowe nic nie pomagało. Jak pisałem wyżej, udało mi się uniknąć depresji więc jak jesteście ciekawi to czytajcie poniżej.

Od 2015 roku zaczynałem kolekcjonoważ polskie żetony czyt. PLN'y ... czyli kase, jakby ktoś sie nadal nie domyślił. To był początek roku deflacyjnego w którym nasz polski żeton miał realną wartość i za 50 zł można było zrobić zakupy. Trend deflacyjny utrzymywał się przez dobre 2 - 3 lata i jeszcze później realna wartość pieniądza się utrzymywała ponieważ to działa z dość sporym opóźnieniem nawet jak jest inflacja na poziomie 0 %. Od każdej miesięcznej wypłaty odkładałem około 2 tyś zł, czasami nawet więcej. Oczywiście czasami wydałem jakieś 150 zł na konsole czy cuś innego. Ogólnie żyłem jak robak, ubrania miałem sprzed 8 lat albo i więcej. Nie pytajcie o garderobe moją bo była totalnie oldskulowa :-X Przyszedł miesiąc kwiecień i przeglądając olx trafiłem na ogłoszenie o sprzedaży mieszkania. Miałem blokade przed zadzwonieniem, kilkunasto sekundowe przemyślenie i zadzwoniłem. Ogólnie to zgłosił się już ktoś przede mną i miałem być drugi w kolejce. Po tygodniu okazało się że pierwszej osobie nie przydzielono kredytu (początek pandemii gdzie banki świrowały z dawaniem kredytów) więc odrazu uderzyłem do gościa o to że biore mieszkanie bez kredytu, bez bawienie się w kredycik i papierki. Miejscowość to około 15 tyś ludności więc i mieszkania stosunkowo tanie jeszcze przed wystrzeleniem inflacji. Udało mi się wtedy dostać metr kwadratowy za 3 tyś zł. W przeciągu nieco ponad roku od momentu rozstania z kobietą do zakupu mieszkania bez kredytu byłem w rozsypce. Teraz ewidentnie moge powiedzieć że strzeliłbym se w łeb gdybym tam został w mieszkaniu u matki. Mieszkanie to był poprostu punkt kulminacyjny i to był moment gdy miałem pół roczną przerwe na jutubie, co też poinformowałem krótkim filmikiem.

Po prawie 3 latach od zamieszkania jestem szczęśliwszym człowiekiem bo nie mam żadnych problemów na głowie. Czuje sie znacznie lepiej i wierzcie lub nie ale czasami nawet mijam byłą laske jak spaceruje z psem. A co do mieszkania samemu to własnie zaczynałem czuć że pusta chata to lekkie odstępstwo od dzisiejszego życia, no wiecie trzeba mieć jakieś zwierzątko czy to kota czy psa. A że miałem dwa psiaki rasy Shih Tzu (były to od byłej laski) to teraz postanowiłem że musze mieć swojego psiaka tak aby nikt mi nie mówił co mam z nim zrobić i kiedy iść na spacer. Wierzcie lub nie ale mój psiak daje mi mase radości, do tego zaczołem słuchać bardziej pogodnej muzyki, do pracy mam 10 minut rowerem i już prawie 40 lat na karku hehe :P

Dlaczego o tym pisze? ano dlatego, żeby sie troche wyżalić, żeby o tym porozmawiać i wysłuchać innych. Sam dobrze wiem jakie trudne może być wychodzenie z depresji choć sam jej uniknąłem ale to nasze codzienne zmagania z życiem doprowadzają własnie do takiego stanu rzeczy. Moim zdaniem do depresji sie wpada przez brak uczucia szczęścia, wiecie rodzina, dzieci, własne cztery kąty. Co dziwne również to depresja dopada w większości przypadków nas facetów własnie w przedziale wieku 35 - 40, coś jak menopauza u kobiet  :P

Czasami rano wstając przechodzi mi przez myśl "a może dziś mnie depresja dopadnie" ale nie daje za wygraną, biore psa i ide na spacer. Do tego pomaga mi to moje dłubanie w konsolach, ogólnie to całe zainteresowanie grami, konsolami, komputerami, tymi wszystkimi kartami graficznymi, padami i innymi bzdetami. Tak samo piłka nożna mi zajmuje czas, formuła 1 oraz te jutuby. To zajmuje mi czas i nie myśle o problemach codzienności innych ludzi. Skutecznie udaje mi się unikać depresji choć już 3 zimowe sezony za mną. Zastanawiam się kiedy dam za wygraną i po 40-stce ulegne tej depresji. Myśle że jak skończe jutuba i to całe codzienne konsolowe życie mnie przestanie już bawić to wtedy sie znów stocze. Co jak co mam sie dobrze i dobrze jest sie wyżalić w ten majówkowy tydzień na forum konsolowym  8) bo siedze tylko praktycznie tutaj od chyba 7 lat.

Jeśli macie coś na duszy to piszcie, można o tym śmiało porozmawiać i nie ma się czego wstydzić.

makumator

Bardzo odważne i ważne świadectwo.Pokazuje, żeby nigdy się nie poddawać i próbować sobie radzić mimo straszliwie niesprzyjających warunków. Szczerze gratuluję wyjścia z dołka i ogarnięcia życia mimo bardzo trudnej sytuacji. Dałem Ci suba i trzymam kciuki za dalszy rozwój na każdej płaszczyźnie.

retron67

Bro nie jesteś Sam. Trudne czasy tworzą twardych silnych ludzi   ;) Lecisz po Swoje...

mariusz391

Temat o depresji?  ???
Oh shit, here we go again

Niestety temat dobrze mi znany, choć nigdy nie zdiagnozowany
Ale żeby nie robić skrótu całego swojego życia to tak ogólnikowo
U mnie stany depresyjne są praktycznie całe moje zycie, jako osoba dość aspołeczna praktycznie nigdy nie miałem prawie żadnych kolegów/znajomych, a wręcz dopiero w technikum przestałem być tzw. frajerem klasowym
I niestety o ile okres technikum wspominam najlepiej z całej swojej edukacji, kolejne zderzenie ze ścianą miałem już w życiu zawodowym
O ile pierwszą robotę i to za naprawdę niezłe wtedy pieniądze jak dla osoby bez doświadczenia zdobyłem szybko, tak równie szybko się ona skończyła, bo potrzebowali pracownika tylko na sezon.
Potem znowu odnowienie depresji gdzie przez pół roku nie mogłem znaleźć żadnej innej roboty, aż w końcu zdecydowałem się wziąć staż zawodowy by mieć cokolwiek. Tam też zderzenie ze ścianą jak wyglądała nauka zawodu w szkole, a czego oczekuje pracodawca w rzeczywistości więc po zakończeniu stażu po pół roku mi podziękowano.
Potem już było tylko gorzej, albo roboty poniżej najniższej krajowej albo za najniższą, i atmosfera w tych robotach albo okropna albo co najwyżej przeciętna.
I wreszcie z tego marazmu wyciągnął mnie ... brat ojca który namówił mnie na pójście z nim na 2-letni kurs operatorów maszyn CNC. I to był ten moment przełomu, już w trakcie tego kursu, po pół roku udało mi się znaleźc robotę w tym zawodzie i po raz pierwszy czułem że nie jestem bezwartościowym śmieciem.
Wyprowadziłem się od rodziców po kolejnych kłótniach o nic i zacząłem powoli układać sobie zycie. Potem kolejna, jeszcze lepsza robota dzięki cynkowi znowu od brata mojego ojca, kupno swojego mieszkania, kupno kota by mieć do czego wracać w tym mieszkaniu i wszystko układało się coraz lepiej.
Niestety, moja buta, arogancja i zapatrzenie w pieniądze sprawiło że po 6 latach się zwolniłem i postanowiłem pójść do ,,konkurencji''. I już wiem że była to fatalna decyzja, bo po podwyżkach w poprzedniej firmie a tym co mi tutaj dali różnica nie przekracza 200 zł na rękę, dużo więcej obowiązków i ludzie z którymi ciężko mi się dogaduje. Najgorsze jest to że niby nie paliłem za sobą mostów odchodząc, ale rozmawiając z koleżanką z byłej pracy raz na jakiś czas widzę że powrót poza czynnikiem antydepresyjnym nie bardzo miałby jakikolwiek sens. Dlatego stany depresyjne znowu mi się uaktywniają, czy będzie lepiej czy jednak będę wolał żyć skromniej ale bez stanów depresyjnych? Nie wiem, póki co mam potworny mętlik w głowie i czekam do sierpnia z dalszymi decyzami

alf

Głowa do góry chłopaki. Fajnie, że mamy teraz forumowy kącik smutku.

Każdy miewa gorsze chwile. Chyba jest to wpisane w życie. Niektórzy jednak potrafią sobie z tym radzić lepiej inni gorzej. Wielu to ukrywa, albo całkowicie zatraca się w dobrach materialnych by nie myśleć o sensie istnienia.

Mnie psychiczne przybicie łapie co roku na jesień. Żona jednak ma teorie że szczyt depresji przypada na początek wiosny, bo wtedy jest podobno najwięcej samobójstw.

Gry i hobby pomagają uciec na chwilę przed problemami. Gdy w 2020 wymyślono pandemie, to nieźle mną poturbowało. Straciłem możliwość jeżdżenia do pracy gdzie widywałem się z kumplami. Zdalne mi nie służyło a kiblowałem na nim 2 lata. Początek był tragiczny, podupadłem na zdrowiu psychicznym ostro, @makumator i @Manifesto mnie podtrzymywali na duchu. Co mi pomogło przede wszystkim? Wysiłek fizyczny. @TheUrien84 ma sporo racji w swoich opowieściach o pompkach i zdrowym żywieniu - możesz osiągnąć szczęście jeśli zaczniesz o siebie dbać. Sport i generalnie ruch wyzwala w Tobie hormony szczęścia. Jeżeli podobasz się sobie (a można wypracować dobry, zdrowy wygląd) to czujesz się pewniejszy siebie. To naprawdę działa.


janfm

Panowie garda i do przodu, cieszcie się z małych rzeczy, żyjcie dniem dzisiejszym, nie odkładajcie spraw na jutro, postarajcie się pomóc komuś każdego dnia i będzie dobrze. Wszystko z czasem się ułoży, trzeba to tylko przeczekać i się nie dać. Piona!

fixxxer1

Widzę, że nie tylko ja mam takie przemyślenia i podobny stan ducha.

W marcu 2021 zginął mój młodszy brat i od tamtego czasu czuję straszną pustkę w życiu i sercu, które pękło na pół. Nigdy w życiu nie było nam łatwo, ojciec zmarł jak właśnie ten młodszy brat miał tydzień, a ja 3 lata. Zawsze przez to czuliśmy się gorsi od innych, który byli ze szczęśliwych rodzin. Jakoś wyszliśmy na ludzi, założyliśmy rodzin, mamy dzieci, żony, domy. Niestety brat odszedł przedwcześnie, zostawił żonę i 2 małych dzieci...

Od tamtego czasu codziennie myślę o tym, co zrobić żeby z nim się spotkać, tęsknię strasznie. Nic już nie daje tej frajdy co kiedyś, życie jest po prostu poj.....

Sam mam żonę i 2 dzieci, bez nich nie wiem co bym w tych chwilach zrobił. Ponoć czas leczy rany, ale tu kurde to nie działa....

Wysłane z mojego Redmi Note 9 Pro przy użyciu Tapatalka


Janusz

Moje kondolencje.

Na pewno nie jest łatwo się pogodzić z taką stratą, szczególnie kogoś w sile wieku i jeszcze z żoną i dziećmi ;/ Czas pewnie w końcu trochę wypełni tę pustkę, ale ból na pewno pozostanie i będzie się czasami uaktywniał, szczególnie podczas typowo rodzinnych świąt czy okoliczności. U mnie wówczas wszystko otwiera się ze zdwojoną siłą. Na szczęście dobrze, że masz swoją rodzinę i masz o kim w tym trudniejszym czasie myśleć bo to na pewno pomaga.

next THE flex

Cytat: Atr3ju w Maj 01, 2023, 22:32

Każdy z nas miał/ma czy będzie mieć depresje i nie okłamujcie sie.

Dlaczego każdy ma mieć depresje ? Kompletnie się z tym nie zgadzam, bo to po prostu nie prawda. Wmawianie ludzią, że są chorzy ? Daj spokój. Nigdy nikt z mojej rodziny nie miał depresji, moja nowa rodzina, którą założyłem również nie boryka się z tą chorobą. Dorastałem w zajebistym domu pełnym miłości i wsparcia. W szkole byłem ,,kozakiem" pewnym siebie, pełnym empatii,  miłym i bardzo dobrze wychowanym. Nie byłem pośmiewiskiem klasy czy szkoły, nikt mnie nie męczył. Na podwórku a później ,,rejonie" byłem gościem, żadnym lamusem czy ciotą, miałem swoją ekipę i robiliśmy swoje, żyliśmy, byliśmy wszędzie. Nigdy nie ustawiałem sobie opisu na gadu-gadu ,,ale mam dzisiaj dola :(", nie miałem żadnych powodów w dzieciństwie i okresie dorastania do tego żeby sie użalać nad swoim losem, albo żeby być niewdzięcznym za to co otrzymałem. Rozumiem Twój ból (chociaż posta nie przeczytałem dalej niż zdanie które zacytowałem) i wiem, że traumy, doły, mentalnie ubożenie i wszystkie te złe rzeczy spotykają ludzi,  mają miejsce teraz jak i wcześniej, ale proszę żebyś nie wmawiał, że każdy jest albo będzie chory. Jeżeli Ty tak masz to nie znaczy, że ktoś inny będzie miał albo ma tak samo.
Oczywiście wysyłam dużo wsparcia dla Ciebie i chłopaków, przykro zawsze słyszeć, że ktoś ma źle a chciałby lepiej czy co gorsza nie widzi perspektyw na to żeby było lepiej. Walcz(cie) na pewno z przeciwnościami losu. Rady żadnej nie mam, złotego środka nie znajdę i go tutaj nie podsunę jako najlepszą drogę wyjścia z tej sytuacji. Bądźcie silni
....so....
...who's....
NEXT
       .THE.
               FLEX

JBSuper

Szanuję za chęć wypowiedzenia się w tym temacie. Również i ja dołożę cegiełkę do tego tematu.

Wychowywałem się z pozoru w normalnej, pełnej rodzinie razem ze starszymi siostrami, jestem najmłodszy z rodzeństwa. Swoje dzieciństwo wspominam ciepło. Wychodzenie na dwór, poznawanie nowych kolegów z bloku, częste spacery z rodziną, wyjazdy, wycieczki, poznawanie nowych zakątków mojego rodzinnego miasta, wypady rowerowe. Problemy zaczęły się, kiedy rozpocząłem swoją edukację. Wtedy ten magiczny czar "jednej, wielkiej, szczęśliwej rodziny" prysł w momencie, kiedy mój ojciec co raz częściej zaglądał do butelki. Stopniowo te fundamenty, które razem budowaliśmy zaczęły się zawalać. Co raz bardziej szerzyła się nienawiść do siebie nawzajem, co raz rzadziej spędzaliśmy ze sobą czas na wszelaki sposób. Do momentu ukończenia szkoły podstawowej było jeszcze w miarę do zniesienia, ale od momentu rozpoczęcia gimnazjum zostałem odrzucony przez społeczeństwo. W szkole byłem gnębiony, prześladowany, czasem nawet bity. Nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy i dyrekcja nic niczego nie widzieli, pomimo zainstalowanego monitoringu na całym terenie szkoły. Mimo wiele próśb o interwencje, rzadko do niej dochodziło, a nawet jak się zainteresowali, to reszta rówieśników zaprzeczała, że takie sytuacje miały w ogóle miejsce, przez co zostałem mianowany osobą, która wszystko sobie zmyśla, bo rzekomo byłem pępkiem świata.

Po dwóch miesiącach udręki przestałem chodzić do szkoły, ponieważ bałem się o swoje bezpieczeństwo. Rodzicom to bardzo się nie spodobało, oni też zaczęli mi robić piekło w domu, w szczególności ojciec, który popadł w alkoholizm. Moja mama przestała na mnie zwracać uwagę, a przez ojca byłem bity. Straciłem wtedy kontakt z moim najlepszym kumplem z bloku, który też przestał się do mnie odzywać. To spowodowało u mnie stan depresyjny, gdzie nie zwracałem na nikogo uwagi i zaniedbywałem się do okrutnego stanu. Przestałem dbać o swoją higienę, cały czas chodziłem w jednym ubraniu, zacząłem jeść śmieciowe żarcie w dużych ilościach.

Były telefony ze szkoły z oznajmieniem, że jeżeli nie będę uczęszczał na zajęcia, to skierują sprawę do sądu rodzinnego, gdzie nałożą karę pieniężną, kuratora i wyślą mnie do poprawczaka. Rodzice pomimo niechęci umówili mnie do psychiatry, gdzie przypuszczał, że cierpię na zespół Aspergera. Umówił mnie do szpitala psychiatrycznego na badania i spędziłem tam miesiąc. Niechętny na współpracę, faszerowany lekami, przez które byłem otępiony. Z rówieśnikami tam również nie było łatwo się dogadać, źle wspominam tą wizytę. Po miesiącu zostałem wypisany z nadzieją, że wszystko wróci do normy. Wystarczyło, że przyszedłem do szkoły pierwszy raz po wyjściu ze szpitala, żeby tę sielankę zburzyć. Po tym znowu zaczęły się problemy i miałem pierwszą próbę samobójczą. Szybko zareagowała pani ze świetlicy, pod której byliśmy opieką i znalazła mnie w toalecie, gdzie próbowałem podciąć sobie żyły. Nawet nie zdążyłem się porządnie przeciąć. Zaprowadzili mnie do pielęgniarza by odkaził mi ranę, wezwani zostali rodzice. Pielęgniarz zaproponował, żebyśmy się udali do poradni psychologiczno-pedagogicznej by wystosować opinię o przydzielenie mi nauczania indywidualnego. Tak też się stało, ale musiałem tak czy siak uczęszczać na zajęcia z rówieśnikami z klasy, przez których też byłem gnębiony. Wtedy tego dnia ojciec pod wpływem alkoholu mnie brutalnie pobił, że miałem całe plecy sine. To był jego wybryk, który do dziś się na nim mści, jak wspomniałem o tym po latach składając zeznania przeciwko ojcu, który pod wpływem pobił mamę. Często z tych zajęć z klasą się zwijałem ze szkoły, albo czekałem w świetlicy gdy pomiędzy tymi zajęciami były lekcje indywidualne. Jakoś udało mi się przebrnąć pierwszą klasę. Szkoła niechętnie chciała mi przydzielić wyłącznie nauczanie indywidualne, żebym miał w przyszłości łatwiej z ludźmi, tylko pytanie jest takie, w jaki sposób to miałoby mi pomóc? Jedynie w czym mi to pomagało, to w szerzeniu u mnie szeregu traum, po których bym już się nie mógł przestawić w życiu dorosłym. Druga klasa jakoś przebiegła, choć to był okres, gdzie totalnie odciąłem się od rzeczywistości na rzecz szukania znajomości w internecie. Tam poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam kontakt po dziś dzień i to właśnie im zawdzięczam życie, bo oni mnie trzymali przy duchu. Wtedy to też zacząłem się interesować retro i chciałem też budować swoją kolekcję jak ci, których poznałem przez ten czas, ale rodzice nie chcieli pomóc rozwijać mojego hobby, bo "nauka jest ważniejsza niż granie" - typowa rodzinna zagrywka. Wtedy też natknąłem się na jedną nieprzyjemną dla mnie osobę w internecie, która zaczęła mnie stalkować i uprzykrzać życie, przez co bardziej mi psycha siadła. Wtedy to też zacząłem zarywać nocki, ponieważ tam też bałem się o swoje bezpieczeństwo, ale nie mogłem ot tak rzucić świat wirtualny, bo tam miałem ludzi, którzy mnie rozumieli. Rodzicom również nie mogłem o tym powiedzieć, ani nikomu innemu z mojego otoczenia, bo by zamknęli furtkę do tych ludzi. Ostatnie trzy miesiące nauki byłem uziemiony w domu z powodu świerzbu i tak cała nasza rodzina się leczyła aż do wakacji. W międzyczasie byliśmy na wizycie u psychiatry, który wykluczył mi zespół Aspergera i stwierdził u mnie depresję. Miałem też spore problemy ze spaniem, więc do leczenia farmakologicznego antydepresantami dorzucił Melatoninę na poprawę jakości snu. Również wystosował opinię w temacie nauczania indywidualnego i trzecią klasę gimnazjum musiałem mieć opartą wyłącznie na nauczaniu indywidualnym. I faktycznie, leki sprawiły, że zacząłem wcześniej kłaść się spać, ale kosztem wstawania. Budziłem się sparaliżowany, przez około godzinę nie mogłem się ruszyć z łóżka. Kiedy wstawałem i szedłem na zajęcia, to nie mogłem się na nich skupić. Byłem rozkojarzony, otępiony, a mało tego byłem niewyspany i strasznie mnie piekły oczy, miałem całe zaczerwienione. Nauczyciele się obawiali, że biorę narkotyki i zostałem zesłany do dyrektora razem z rodzicami, gdzie rodzice wytłumaczyli, że się leczę na depresję. Też przestałem uczęszczać na zajęcia, bo i tak żadnej wiedzy nie chłonąłem, a nawet mi zanikała. Dalej borykałem się z gościem w internecie, który mnie prześladował. Przez te leki nie byłem sobą. Do tego stopnia, że bez powodu rzuciłem się na własną mamę i uciekłem z domu. Wtedy to miałem ostrą jazdę z rodzicami, którzy nie mieli do mnie sił. Co raz częściej uciekałem z domu, bo nigdzie indziej nie mogłem się czuć bezpiecznie, nawet we własnym domu. Wtedy też stwierdziłem, że nie mam o co się starać. Wróciłem do domu i wziąłem na raz wszystkie leki, które mi przepisał psychiatra i następnego dnia gdy moja najstarsza siostra zobaczyła puste blistry i opakowania leków, czym prędzej zadzwoniła na pogotowie i zabrali mnie na płukanie żołądka, gdzie stamtąd trafiłem drugi raz do psychiatryka bez żadnej nadziei. Nikomu nie ufałem, z nikim nie zawierałem więzi, nie ufałem nawet psychiatrom, psychologom, czy pielęgniarkom. A mimo to byłem i tak faszerowany lekami uspokajającymi, które dalej mnie otępiały. Po miesiącu zostałem wypisany z prośbą o skonsultowanie się z psychiatrą, który będzie mnie dalej diagnozować. Lekarz prowadzący przepisał mi neuroleptyki, których nie miałem zamiaru brać. Wtedy dowiedziałem się, że gość, który mnie prześladował został wyjaśniony przez osobę, która mu zaszła za skórę i zniknął z internetu na dobre. Pomału moje życie nabierało barw i zaczynałem czuć się lepiej, że zacząłem się przykładać do nauki. Wtedy to zacząłem odzyskiwać kontakt z moim dobrym kumplem z bloku, który jest ze mną po dziś dzień i za nic w życiu nie chciałbym go znowu stracić. Częściej wychodziłem na dwór, zacząłem jeździć na rowerze i robić spore kilometry. Nie było dnia, gdzie bym zaprzepaścił piękną pogodę na rowerze zamiast kisić się w czterech kątach siedząc przed kompem, czy konsolą. I tak do momentu rozpoczęcia technikum, gdzie nawróciły stany depresyjne, a w tym pomogła mi rodzina po stronie mamy, która wyraziła swoją dezaprobatę do mnie, przez co przestałem się do nich odzywać. Przestałem jeść regularnie, piłem dużo coli, objadałem się do granic możliwości i zaczęły się problemy z jelitami, które towarzyszą mi do dziś. Trzy miesiące wytrzymałem w technikum w swoim rodzimym mieście i przepisałem się do szkoły w Szczecinie, gdzie bardzo długo dochodziłem do siebie. W drugim semestrze pierwszej klasy stwierdziłem, że nie może tak wyglądać moje życie i postanowiłem to zmienić. Odszedłem od życia wirtualnego, zacząłem szukać ludzi w Szczecinie i tam się nauczyłem jak z nimi funkcjonować. Była to moja najlepsza terapia, przez co nabrałem zupełnie nowych wartości w życiu i szukałem tego, co w życiu jest najważniejsze. Poznałem wtedy osobę, która mnie podniosła na duchu i mnie w pełni zrozumiała. Tej osobie zawdzięczam tym, kim jestem, bo odnalazłem swoje "ja" i ukierunkowała mnie, żebym był sobą bez względu na wszystko. Miesiąc przed osiągnięciem pełnoletności odeszła moja babcia, która jedyna z rodziny mnie rozumiała i obdarowywała mnie należytą miłością. Byłem bardzo załamany tą sytuacją, że nie mogłem się pozbierać do kupy. Do tego stopnia, że niedługo potem ze wspomnianym przyjacielem się mocno pokłóciliśmy, zerwaliśmy kontakt i po raz kolejny miałem nawroty depresji. Wypisałem się z internatu w Szczecinie, przestałem chodzić na zajęcia, nie dokończyłem kursu na prawo jazdy, a niedługo się zaczęła pandemia. Wtedy poznałem dziewczynę, która została skrzywdzona przez mojego kumpla z internetu. Razem z innymi kumplami wspólnie zaczęliśmy o nim rozmawiać na kamerkach. Jeden z nich, który to zainicjował zaczął nam sprzedawać różne rzeczy, których się o nich dowiedział, ale nie to było ważne. Dzięki temu przedsięwzięciu poznałem dojrzałą mentalnie dziewczynę z wartościami i twardymi zasadami. Rozmowa z nią mocno mnie ożywiła, aż postanowiłem ją zaprosić do siebie miło spędzając czas. Dzięki niej poznałem i polubiłem serię Resident Evil, mocno się zagłębiłem w serię poznając nowe rzeczy. I wiecie co? Bardzo się cieszę, że znaleźliśmy wspólny język. Niedługo nam stuknie trzy lata związku i oby to ewoluowało.

Kiedy skończyłem 19 lat, zacząłem się zastanawiać nad wyprowadzką. Długo nie musiałem się zastanawiać, kiedy to ojciec poszedł na emeryturę i nie zaczął codziennie zachlewać mordę. Miałem jego obecności i życia w tej popsutej rodzinie serdecznie dosyć. Postanowiłem spakować walizki i wyprowadzić się do Wrocławia do mojej dziewczyny. Skończyłem szkołę, zacząłem pracę i wspólnie realizujemy swoje cele w życiu. Wtedy też nadrabiałem kontakty z ludźmi, z którymi miło spędzałem czas w internecie. Większość się wykruszyła z biegiem czasu, bo nie byli wart relacji ze mną. Trzymam przy sobie tylko ludzi, którzy naprawdę są coś warci - tego nauczyła mnie moja kobita. Dziś czuję się o wiele lepszym człowiekiem niż za czasu dorastania, gdzie nikt nie okazywał chęci pomocy, byłem odrzucony, nieakceptowany, niezrozumiany. Wiele razy sobie wpajałem, że nie ma dla mnie ratunku, że sobie nie poradzę w życiu dorosłym, że nawet do grabienia deszczu, czy tarcia chrzanu się nie nadaję.

Życie zweryfikowało, że jednak jestem wyjątkową osobą. I tutaj ode mnie kilka słów otuchy. Pamiętajcie, że każdy jest na swój sposób wyjątkowy i nie można się przekreślać mimo przeciwności losu. W życiu bywa źle, lub gorzej, ale są też miłe chwile w życiu, które trzeba jak najlepiej wspominać. Cieszcie się każdą chwilą, każdym miło spędzonym dniem. Porzućcie to, co było. Dążcie do swoich celów, do swoich marzeń. Sam też miewam chwile słabości i wiem, że nie jest tak łatwo rozstać się z przeszłością, która odcisnęła piętno na tym, jacy jesteśmy, ale trzeba spiąć tyłek i iść do przodu nie oglądając się za siebie, by realizować siebie z dobrej perspektywy. Bądźcie silni, Panie i Panewy. Trzymam za Was mocno kciuki i życzę Wam jak najlepiej!

Janusz

Cytat: JBSuper w Maj 03, 2023, 13:05W szkole byłem gnębiony, prześladowany, czasem nawet bity. Nauczyciele, pedagodzy, psycholodzy i dyrekcja nic niczego nie widzieli, pomimo zainstalowanego monitoringu na całym terenie szkoły. Mimo wiele próśb o interwencje, rzadko do niej dochodziło, a nawet jak się zainteresowali, to reszta rówieśników zaprzeczała, że takie sytuacje miały w ogóle miejsce, przez co zostałem mianowany osobą, która wszystko sobie zmyśla, bo rzekomo byłem pępkiem świata.

Szkoda, że tak trafiłeś i szkoda, że bardzo często w szkołach dochodzi do czegoś takiego. Ja w tym temacie jestem podwójnie wyczulony i zawsze staram się dusić takie zachowania w zarodku i je wyłapywać, oczywiście na ile to możliwe, szczególnie w swoich klasach. Staram się nie przymykać oka i rozmawiać z uczniami prostując pewne rzeczy, ale nie ukrywam że czasem lepiej byłoby tego nie widzieć jak większość, bo to spory bagaż emocjonalny, który zabiera się do domu i po prostu masa dodatkowej pracy. Zawsze tłumaczę, że nigdy nie wiecie co kolega X, koleżanka Y przechodzi w domu i jeżeli jeszcze w szkole będzie się z tym spotykać to jak ma z tym żyć. Tutaj to jest świetnie zobrazowane i przemawia do młodych od razu:



Megadeth

Cytat: next THE flex w Maj 03, 2023, 10:13
Cytat: Atr3ju w Maj 01, 2023, 22:32

Każdy z nas miał/ma czy będzie mieć depresje i nie okłamujcie sie.

Dlaczego każdy ma mieć depresje ? Kompletnie się z tym nie zgadzam, bo to po prostu nie prawda. Wmawianie ludzią, że są chorzy ? Daj spokój. Nigdy nikt z mojej rodziny nie miał depresji, moja nowa rodzina, którą założyłem również nie boryka się z tą chorobą. Dorastałem w zajebistym domu pełnym miłości i wsparcia. W szkole byłem ,,kozakiem" pewnym siebie, pełnym empatii,  miłym i bardzo dobrze wychowanym. Nie byłem pośmiewiskiem klasy czy szkoły, nikt mnie nie męczył. Na podwórku a później ,,rejonie" byłem gościem, żadnym lamusem czy ciotą, miałem swoją ekipę i robiliśmy swoje, żyliśmy, byliśmy wszędzie. Nigdy nie ustawiałem sobie opisu na gadu-gadu ,,ale mam dzisiaj dola :(", nie miałem żadnych powodów w dzieciństwie i okresie dorastania do tego żeby sie użalać nad swoim losem, albo żeby być niewdzięcznym za to co otrzymałem. Rozumiem Twój ból (chociaż posta nie przeczytałem dalej niż zdanie które zacytowałem) i wiem, że traumy, doły, mentalnie ubożenie i wszystkie te złe rzeczy spotykają ludzi,  mają miejsce teraz jak i wcześniej, ale proszę żebyś nie wmawiał, że każdy jest albo będzie chory. Jeżeli Ty tak masz to nie znaczy, że ktoś inny będzie miał albo ma tak samo.
Oczywiście wysyłam dużo wsparcia dla Ciebie i chłopaków, przykro zawsze słyszeć, że ktoś ma źle a chciałby lepiej czy co gorsza nie widzi perspektyw na to żeby było lepiej. Walcz(cie) na pewno z przeciwnościami losu. Rady żadnej nie mam, złotego środka nie znajdę i go tutaj nie podsunę jako najlepszą drogę wyjścia z tej sytuacji. Bądźcie silni


Myślę, że nikt nie miał tutaj intencji wmawiania komuś, że ma depresję, czy będzie miał. Jest to choroba cywilizacyjna i co raz więcej osób na nią choruje. Nie tacy twardziele czy komicy czy z pozoru mocne osoby na nią zachorowały. No właśnie, jest to choroba. Przy okazji nieleczona może być tragiczna w skutkach, a pisanie, że nie wie się co to depresja, bo miało się mega dzieciństwo i było się gościem, a nie ciotą swiatczy o mega ignorancji i jest po prostu szkodliwe.

cinek

#12
Tam powinno chyba być "może mieć", a nie "będzie mieć", bo jednak nie każdego to dopadnie. Nie każdy dół to od razu depresja.
Ja też miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo i jestem szczęśliwy po dzień dzisiejszy, wiadomo zdarzały się mniejsze lub większe załamania. Łezka się w oku kreci, jak czytam niektóre historie tutaj i, że jednak udało się mimo wszystko wyjść na prostą.

Manifesto

#13
x

cinek

#14
Wielu funków się katuje pracując w podobnych warunkach kosztem zdrowia psychicznego. Czy warto? Trzeba to samemu ocenić. Wiadomo, że priorytetem jest właśnie wcześniejszą emerytura, inaczej to chętnych by tyłu nie było.